Planeta Liderów

Blog o przywództwie, rozwoju
i odważnym działaniu

Przeczytaj
Konstelacje Kompetencji

Praktyczne wskazówki dla młodych liderów. Narzędzia, dobre praktyki i konkretne rozwiązania do wykorzystania od zaraz.

Zobacz wpisy na blogu
Misje Specjalne

Historie i lekcje z międzynarodowego biznesu. Różnice kulturowe, negocjacje i przywództwo widziane z perspektywy 89 lotnisk świata.

Zobacz wpisy na blogu
Orbity Wpływu

Refleksje o przywództwie, zarządzaniu i budowaniu wpływu w czasach ciągłych zmian.

Zobacz wpisy na blogu
Moja pierwsza podróż do Chin i lekcja, której nie zapomniałam 

W 2002 roku po raz pierwszy dotarłam do Chin. Cel biznesowy – targi branżowe w Szanghaju. Miałam głowę naładowaną masą stereotypów. Jechałam z przekonaniem, że my Europejczycy niesiemy kaganek oświaty w obszarze technologii i że Chiny są daleko za nami (dziś myślę o tym z uśmiechem).

Wtedy angielski nie był jeszcze powszechny. Wylądowaliśmy o 11:00, a koledzy z chińskiego oddziału mieli nas odebrać o 15:00. Pamiętam, że głód zaprowadził nas do jednej z lokalnych restauracji. Sympatyczna kelnerka usiłowała nas obsłużyć. My ni w ząb po chińsku ona ni w ząb po angielsku. Internetu nie było, podobnie jak translatorów. Karta cała w krzakach. Żadnych tabletów, ekranów itd. – nie te czasy. Trzeba było wykazać się kreatywnością. Uwagę przykuł napis… Heineken. Zaczęliśmy od zimnego piwa, kelnerka z radością nam je przyniosła, bo zrozumiała o co nam chodzi. Kiedy nadal nie mogliśmy dojść do porozumienia, wzięła mnie za rękę i oprowadziła po stolikach innych gości. Wskazałam potrawy palcem i w ten prosty sposób dania znalazły się na naszym stole i zaspokoiliśmy głód, a ja byłam pod wrażeniem proaktywnego podejścia tej młodej, sympatycznej dziewczyny. Pierwsza lekcja w podróży – kiedy jest cel, sposób się znajdzie.

W 2002 w Chinach odczuwało się fascynację wszystkim tym, co zachodnie. Poczynając od tego, jak ktoś był z Europy, z firmy technologicznej, miał posłuch. Nie miała znaczenia płeć, raczej wiek - im ktoś miał więcej siwych włosów, tym lepiej. Co ciekawe, był dyskretny nadzór z państwa przyjeżdżających –  przypisany urzędnik, który bywał w naszej okolicy prawie cały czas i miał nas na oku. Szanghaj wtedy zrobił na mnie ogromne wrażenie, wieżowce, ruch, szalona ilość rowerów. Nauczyłam się, że zielone światło to tylko sugestia, a pieszy jest na końcu łańcucha pokarmowego i lepiej, żeby miał oczy dookoła głowy. Targi były udane. Komunikowaliśmy się głównie przez tłumacza. My przybysze z lepszego (tak nam się wydawało) świata byliśmy atrakcją dla lokalnych przedsiębiorców. Duże nosy (to się akurat podoba w naszej fizjonomii) – każdy chciał mieć z nami zdjęcie. Nie wiedziałam wtedy, jak wiele razy będę do Chin wracać i jak wiele miałam się jeszcze nauczyć…  

24 lata później widzę świat zupełnie inaczej włączając Chiny. To raczej my – zachodnia kultura - możemy czerpać z chińskich osiągnięć – poczynając od kosmosu, AI, robotyzacji (polecam odwiedziny w Shenzen). Według mnie, jako naród, mają coś czego nam dzisiaj brakuje. Są pracowici, nastawieni na sukces - raczej kolektywny niż indywidualny. Styl jest inny. Nie są odtwórczy, jak to miało miejsce wiele lat temu, już nas nie naśladują, ewentualnie wybierają to co najcenniejsze. Wyznaczają swoje standardy. Na spotkaniach online czy bezpośrednio, dużo mocniej artykułują swoje zdanie, często nie zgadzają się z kolegami z Europy, wierzą w swoją siłę. Trudno jest zdobyć zaufanie chińskich partnerów biznesowych. Dzisiaj nie konkurujemy już z firmami tylko spoza Chin. Dzisiaj uczymy się funkcjonować w świecie, w którym to Chiny definiują standardy.   

Jak wygrywać z lokalnymi firmami? Jak pomimo preferencji „dobre bo chińskie” osiągać sukcesy? O tym w kolejnych wpisach z podróży.