Maja Mejsner, Planeta Liderów

Planeta Liderów

Nowa Zelandia i siła otwartości. Czego nauczyła mnie podróż 18 tysięcy kilometrów od domu

Im więcej mamy doświadczenia, tym łatwiej nam uwierzyć, że doskonale wiemy, jak działa świat. Czujemy, że potrafimy odnaleźć się w każdej sytuacji, rozumiemy ludzi i znamy zasady gry. Tymczasem wystarczy znaleźć się na drugim końcu świata, żeby odkryć, jak wiele jeszcze możemy się nauczyć.

W 2018 roku odbyłam najdłuższą i najbardziej różnorodną podróż służbową w swoim życiu. W ciągu niespełna dwóch tygodni postawiałam stopę w Europie, Azji, Oceanii oraz w Ameryce Północnej, przelatując ponad 40 tysięcy kilometrów. Plan zakładał dwa przystanki: jeden w Chinach, a drugi w Nowej Zelandii.

W Chinach zrealizowałam kilka klasycznych spotkań służbowych z klientami w papierniach oraz w jednej z naszych fabryk, aby po 5 dniach wyruszyć z Hong Kongu w nieznane, na prestiżową konferencję branżową na drugiej półkuli, do Nowej Zelandii.

Po 11-godzinnym locie wylądowałam w Auckland. Po drobiazgowej kontroli po przylocie (Nowa Zelandia ma jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów bioasekuracyjnych na świecie, za ich złamanie grożą wysokie kary pieniężne) mogłam ruszyć w dalszą podróż do Rotorua na Międzynarodową Konferencję Papierniczą APPITA.

Podróż, która była przygodą samą w sobie

Trasa z Auckland do Rotorua prowadziła przez malownicze tereny Wyspy Północnej, w tym okolice Hamilton. Teren pagórkowaty, zielony, cieszący oko. Co kilka metrów na pastwiskach pasły się owce – widoki sielankowe. Nowa Zelandia wcześniej kojarzyła mi się głównie z obrazami z „Władcy Pierścieni” stworzonymi przez Petera Jacksona, który stąd pochodzi. Po drodze do Rotorua odnalazłam Shire z filmu – Hobbiton i postanowiłam zatrzymać się na kilka chwil. W Hobbitonie zaskoczyła mnie dbałość o detale – także we wnętrzach domków Hobbitów, ale także rośliny, które pamiętałam z dzieciństwa z domu mojej babci. Po wyczerpującym dniu, wieczorem dotarłam do hotelu i padłam jak przysłowiowa kawka. Byłam ciekawa co przyniesie kolejny dzień – miałam przed sobą ważne wystąpienie oraz miałam poprowadzić warsztaty.

Konferencja – czas start

Obudziłam się wypoczęta i gotowa do działania. Jak zawsze wszystko miałam dopięte na ostatni guzik i czułam przyjemny dreszczyk emocji. Jeszcze nie wiedziałam, że zaledwie za kilka godzin będę walczyć z 12-godzinnym jet lagiem oraz wzbijać się na wyżyny umiejętności lingwistycznych. Jednak zanim do tego dojedziemy jeszcze chwila cierpliwości.

Kiedy oficjalne rozpoczęcie konferencji zamienia się w coś zupełnie innego

Zbliżała się godzina rozpoczęcia konferencji. Uczestnicy siedzieli już na swoich miejscach, a Prezes stowarzyszenia Appita pojawił się na mównicy. Niespodziewanie do sali wkroczyła grupa kobiet i mężczyzn Māori ubranych w stroje wojowników. Wyglądali ciekawie i nieco groźnie . Przywitali nas tradycyjną pieśnią, prosto z trzewi. Kontrast między ich ekspresją a naszym garniturowo-sztywnym wyglądem był ogromny. Zrobili na mnie piorunujące wrażenie, miałam gęsią skórkę. Okazało się, że to nie koniec niespodzianek. Wódz Māori powitał nas. Powiedział, że oni przywitali nas pieśnią i teraz nasz lider musi zaśpiewać. Cóż się wydarzyło? Prezes stowarzyszenia – stateczny Pan – również zaśpiewał – mocno, z siłą, pięknie. Doświadczyłam nieszablonowego budowania relacji, gdzie sztywne ramy zostały odrzucone, a okazanie szacunku do lokalnych zwyczajów pozwoliło nawiązać nić porozumienia. Wartościowa, pierwsza lekcja o otwartości.

12 godzin różnicy czasu i bądź człowieku profesjonalistą

Moje wystąpienie były zaplanowane na popołudnie, a warsztaty na kolejny dzień. Postanowiłam zatem posłuchać kolegów i koleżanek, aby lepiej zrozumieć lokalny biznes. Jednak wtedy nastąpiło coś, czego się nie spodziewałam.

Wydawało mi się, że skoro podróżuję już 2 tydzień, to mój organizm się przestawił na różnicę czasu. Nie przewidziałam jednak, że 12 godzin różnicy między Polską a Nową Zelandią to gigantyczna przepaść.  Słuchając jednego z wystąpień zostałam Simsem z gry - odcięło mnie, zabrakło mi kompletnie energii. Bynajmniej nie z powodu, że wystąpienie było nudne. Musiałam iść do pokoju i przespać się kilka minut i zregenerować siły.

Kiedy znasz angielski, ale nie rozumiesz, co ktoś do Ciebie mówi

Przyszedł czas na moje wystąpienie. Scena to mój drugi żywioł – czułam się doskonale i z łatwością opowiadałam o działalności firmy i ostatnio zrealizowanych technicznych projektach. Moneta się odwróciła podczas sesji pytań i odpowiedzi. Miałam wyraźną trudność zrozumienia, co mówią uczestnicy. Przyznaję i warto mieć tego świadomość, że lokalny akcent jest wymagający.  Moje dotychczasowe doświadczenia z native speakerami z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych okazały się niewystarczające. Postawiłam na otwartość. Powiedziałam publiczności, że mój mózg pracuje na zwolnionych obrotach i będę wdzięczna jak będą do mnie mówić drukowanymi literami. Żart został przyjęty ze zrozumieniem i sesja pytań i odpowiedzi była owocna.

Dużo łatwiej prowadziło mi się warsztaty następnego dnia dla Młodych Profesjonalistów – z zaskoczeniem stwierdziłam, że z każdą godziną adaptowałam się do rzeczywistości. Może też rozluźniłam się, bo zostałam naprawdę dobrze przyjęta.

Otwartość oznacza zgodę na to, że czasami nie wszystko rozumiemy i nie nad wszystkim zapanujemy.

Integracja przez wielkie I

Wieczorem, jak to bywa na konferencji, wybraliśmy się na wspólną kolację. Towarzystwo wyborne, jedzenie przepyszne, okoliczności przyrody inne niż zwykle. Dyskutowaliśmy, a ja jednym okiem spoglądałam przez okno, gdzie w oddali widać było parujące gejzery. Po kolacji przyszedł czas na integrację – spodziewałam się występu muzycznego. Światła ściemniły się, a na scenę wyszedł artysta. Okazało się, że był to... hipnotyzer. Tu musiałam wdrożyć otwartość na szok. Przez 2 kolejne godziny mistrz w swoim fachu testował na publiczności różne sztuczki. Po uzyskanej zgodzie kilku uczestników, zahipnotyzował ich i zachowywali się dość niestandardowo. Byli jak w transie – jedna z osób, bardzo spokojna, zaczęła śpiewać głosem śpiewaczki operowej. Inna osoba dostała gitarę i zaczęła grać. Po przebudzeniu hipnotyzer zadał im odpowiednio pytania czy potrafią śpiewać i grać na gitarze – obydwoje zaprzeczyli.

Nowa Zelandia, która została mi w pamięci

Pamiętam zaskakująco dużo z 3 dniowego pobytu w Nowej Zelandii, co mi mówi, że emocje towarzyszyły mi cały czas. Hobbiton — wyobraźnia, która stała się rzeczywistością i dostała drugie życie. Redwoods — spacer w koronach ogromnych drzew, czyli nowe spojrzenie na coś, co już istnieje. Gejzery — niezwykłość natury i życie w otoczeniu, którego nie da się w pełni kontrolować (wtedy jeszcze biegałam i kilka kilometrów treningu w takim otoczeniu przynosiło radość). Zielone pagórki i owce — idylliczne i uspokajające. Jedzenie — pyszne mięso i dobre wspomnienia z lokalnej kuchni oraz wyśmienite wino. Ludzie — przyjaźni, otwarci i pełni pozytywnej energii. Kolacja z hipnozą — niespodzianka, której nie przewidziała żadna agenda konferencji.

Powrót przez San Francisco i dzień, który miał 36 godzin

Wracałam do domu usatysfakcjonowana i szczęśliwa z mocnym postanowieniem, że kiedyś jeszcze wrócę do Nowej Zelandii – może odkrywając ją jeżdżąc kamperem?. Z lotniska w Auckland skierowałam się do San Francisco. Przekraczając międzynarodową linię zmiany daty, zyskałam dodatkowe godziny tego samego dnia, wydłużając, jedyny jak dotąd raz dobę w życiu do 36 godzin.

Czego nauczyła mnie ta podróż?

Nowa Zelandia jest najlepszym miejscem , aby zrozumieć co to jest otwartość.

Z jednej strony otwartość na ludzi i kulturę — nie zakładaj, że wszędzie relacje buduje się tak samo. Może będziesz musiała/musiał sięgnąć po swój ukryty lub zapomniany talent jak np. śpiewanie?

Z drugiej otwartość na nieprzewidywalność — najlepsze wspomnienia czasem powstają poza agendą. Może to być rozmowa, która wymaga pracy mózgu na wyższych obrotach niż zwykle lub reakcja organizmu na jet lag i uczucie oszołomienia.

Na koniec otwartość na inne perspektywy — nowe doświadczenia pozwalają zobaczyć możliwości, których wcześniej nie dostrzegaliśmy.

Bo otwartość nie oznacza, że wszystko Ci się podoba. Oznacza, że jesteś gotowy/a zobaczyć, zanim ocenisz.

Kia Ora!